W czasie kiedy ponad 320 tys. zdolnych do pracy ludzi na Litwie szuka zatrudnienia, a wszyscy razem – niespełna 3 mln 300 tys. obywateli z utęsknieniem oczekuje, kiedy wreszcie „wszechmogący” kryzys zacznie się cofać z Litwy, wydaje się, że tylko cud, który mógłby wymyślić rząd może coś zmienić. Niestety, w ciągu paru kryzysowych lat żaden genialny pomysł podźwignięcia gospodarki naszemu rządowi nie przychodzi do główy i raczej nie przyjdzie. Ostatnio każdy, kto choć jeszcze trochę wierzył w potencjał gabinetu, po ostatecznych wynikach sprawdzenia stanu remontu rezydencji dla premiera w Turniszkach, stracił nadzieję: czy rząd, który w renowację (!) domu zbudowanego w 1939 roku, mającego pełnić funkcję rezydencji szefa rządu potrafi wpakować 4,5 (!) mln litów i nie jest w stanie (wraz z kontrolą państwową) wykryć przekrętów, jest zdolny zarządzać gospodarką, finansami kraju.
Każdy, kto choć raz ciekawił się cenami prestiżowych domów na Litwie, doskonale wie, że wartość ekskluzywnych obiektów w prestiżowych dzielnicach kosztuje w granicach dwóch milionów litów. Możemy sobie w wyobraźni na premierowską rezydencję dorzucić jakieś pół, góra – jeden milion i już mamy super „chatę” w najlepszym sąsiedztwie. A tu 4,5 mln litów i nadal niezdatny do użytku budynek stoi sobie niczym urągowisko. Komisja sejmowa odwiedzając „rekordową” budowę stwierdziła „gołym okiem”, że trudno się domyślić, gdzie takie krocie zostały na tym obiekcie zużyte. A tu ani premier, ani jego aparat na czele z kanclerzem rządu ani mru-mru. Twierdzą głupio czy też bezwstydnie: takie są koszty budowy. Powstaje więc pytanie, a raczej rodzi się automatycznie odpowiedź: ludzie ci, z takim „rozgarnięciem” i potencjałem przedsiębiorczości, kryzysowi za skarby świata nie podołają.
Za przykładem niefrasobliwości rządowych urzędasów poszli też sobie ostatnio masowo wybrańcy ludu. To nic, że czeka ich „pracowita” jesienna sesja sejmowa, napięte plany formowania budżetu, łatanie dziur wciąż za krótkiej finansowej kołdry. Politycy jak na urągowisko, wiedząc z góry, że nie potrafią z takimi problemami sobie poradzić, machnąwszy ręką na poważne problemy lawiną ruszyli do show biznesu. Wypróbowawszy siebie (co poniektórzy) w roli „żebraków” na wileńskich ulicach, teraz, wraz z początkiem sesji jesiennej będą tańczyli w tak dziś modnych projektach dwóch komercyjnych telewizji, prowadzili taneczne maratony i popisy utalentowanych (acz zdesperowanych) rodaków.
Pal sześć Sejm, budżet, bezrobocie. Jak taki polityk każdego dnia podczas ćwiczeń na parkiecie w ciągu trzech godzin powywija hołubce, to co mu tam problemy. Wszak mądrość ludowa mówi: kto nie ma w głowie, ten ma w nogach… A oni, biedacy, będą jeszcze tymi nogami wywijali i naród z ekranów telewizorów swoją „elokwencją” zabawiali absolutnie za darmo. Ludzie im zaufali, wybrali do Sejmu, a oni, uczciwi, jak w tym Sejmie zaradzić niczemu nie mogą, to za sejmowe wynagrodzenie chociaż naród pobawią troszeczkę. Nie mogąc dać chleba, przynajmniej igrzyskami uraczą. Zuchy! A co sobie myśli cała reszta „sejmunasów”? Cóż, może za przykładem „kolegów-artystów” też coś dla siebie wymyśli. Sezon rozrywkowy tylko nabiera rozpędu. Żadna praca, przepraszam, chałtura u nas nie hańbi. Ot, chociażby weźmy na przykład skandal na granicy białoruskiej. Dowódca jednostki patrolu konnego został oskarżony o przemyt narkotyków. Trudno w to uwierzyć. Trochę ponad 45 g amfetaminy w samochodzie policjanta – ta sprawa podejrzanie „śmierdzi”, bo trudno ją uznać za „żart białoruskich kolegów”.
Cierpliwie czekamy na wynik śledztwa. Ale… w tej historii uważnego słuchacza bądź czytelnika nie mogła nie zaciekawić inna rzecz: otóż komentując fakt wyjazdu kolegi na Białoruś, wysokiej rangi urzędnik policji stwierdza: ma tam rodzinę i pojechał zatankować tańszego paliwa, bowiem wybierał się na urlop nad Bałtyk. Gdzie Rzym, gdzie Krym. Chcąc pojechać na urlop nad morze, nasz komisarz udaje się w przeciwną stronę po tanie paliwo. To nic, że nakręci dodatkowe parę setek kilometrów – zatankuje taniej. Źle się dzieje w Królestwie Duńskim, przepraszam, Państwie Litewskim, skoro osoby będący na służbie państwowej i bynajmniej nie w najniższej randze, w taki sposób muszą sobie „dorabiać”.
Ale nie każdemu w naszym państwie tak kiepsko się powodzi, by musiał na benzynie oszczędzać. Są ludzie, którzy nawet w głębokim kryzysie dla „dobra ogółu” (i swego pożytku, oczywiście), podniesienia poziomu kultury w naszym mieście (i wypchania osobistego portfela) potrafią pozyskać z dziurawego budżetu, ot, jakieś tam, dajmy na to 400 tys. litów, a na dokładkę – jeszcze ze 130 tys. Akurat tyle kosztują instalacje, które już „upiększyły” i jeszcze „upiększą” mosty na Wilii w centrum miasta: chodzi o Żirmuński, Zielony, stary Zwierzyniecki i Biały. Już mamy „Królewskie Jabłko”, „Łańcuch” i „Statek-Półksiężyc” pod trzema pierwszymi, a wkrótce pod ostatnim zawiśnie „Promień-Tyczka”. Wszystko to w ramach utrzymania – jak twierdzi autor projektu – „ducha baroku w Wilnie”. Jak to drzewiej mawiano: konia z rzędem temu, kto odnajdzie cechy barokowe w tych ultra nowoczesnych instalacjach. Owszem, te bombki na mostach nie wywołały jeszcze tylu zgryźliwych komentarzy wilnian co sławetna „rura” nad Wilią. Jednak jeden z architektów – mostu Króla Mendoga – nie zgodził się na takie „upiększenie” swego dzieła. „Królewskie Jabłko” zawisło więc pod mostem Żirmuńskim. A trzeba wiedzieć, że ważące od półtorej tony („jabłko”) do 900 kg („półksiężyc”) są wcale niebagatelnym obciążeniem dla konstrukcji. A jeszcze utrudniają kursowanie statkom. Gdyby tak wilnian spytać, co wolą: statki na rzece, czy te „cacka” pod mostami (i za jaką cenę), toby z pewnością zwyciężyły statki. Ale kto by tam szeregowych obywateli pytał. Zresztą, czy się każdy zna na wileńskim baroku? A w czasie kiedy trwa to całe naciąganie „na barok”, autentyczne perły wileńskiego baroku bezwstydnie wystawiają przed oczy turystów swe łuszczące się tynki, coraz głębsze rysy w murach i „historyczne” zaniedbanie. Może na „pocieszenie” prawdziwych patriotów miasta warto dodać, że podobnych konstrukcji autorzy projektu „nigdzie za granicą nie odszukali”. Cóż, jesteśmy pierwsi!
Janina Lisiewicz