Dowgirdziszki – jest taka wieś na Wileńszczyźnie, w samorządzie elektreńskim. W ostatnich dniach lipca miejscowość świętowała 465 lat swego istnienia.
Prawda, ta wieś istniała już wcześniej, lecz nazywała się Gierkiszki. Dwór i wieś o tej samej nazwie należały do rodu Zawiszów. Mikołaj Zawisza dwór zapisał swojej żonie, która po śmierci męża w 1545 r. ponownie wyszła za mąż za Erazma Dowgirda. Odtąd ta posiadłość otrzymała nazwę Dowgirdziszki.
W 1733 roku Dowgirdziszki kupili Romerowie, którzy władali tą miejscowością przez 130 lat. Z tej rodziny wywodzi się wielu sławnych ludzi. Najsłynniejszy z nich – znakomity artysta malarz Alfred Romer. Romerowie wybudowali w Trokach przy kościele kaplicę, zwaną Kaplicą Romerowską, w której wieczny spoczynek znalazło niejedno pokolenie tego słynnego rodu. W Dowgirdziszkach Romerowie pozostawili przydrożną kaplicę z rzeźbą św. Jana Nepomucena w dowód wdzięczności za uratowane życie przez woźnicę Jana. Ostatni z Romerów, władający tym dworem, na wyspie jeziora Monis wybudował okazały pałac, lecz nie zdążył go wykończyć. Za aktywne uczestnictwo w Powstaniu Styczniowym był zmuszony jak najszybciej sprzedać swoją posiadłość i ukryć się od prześladowań carskiej władzy.
Dwór nabył najpierw Niemiec Neurand, a po kilku latach – hrabia Józef Tyszkiewicz – ordynat trocki. Hrabia pałac wyburzył, a na tejże wyspie wybudował kamienny browar, który częściowo przetrwał do naszych dni. Hrabia potomnym pozostawił dobrą pamięć o sobie: w Dowgirdziszkach w 1910 roku założył szkołę, w której nauczano w ówczesnym języku państwowym, czyli – rosyjskim. Jednak większość dzieci potajemnie uczyła się po polsku w izbach chłopskich. Po litewsku nikt wówczas się nie uczył, bo miejscowi ludzie rozmawiali tylko po polsku albo „po prostu”. Po litewsku nie umieli.
Szkoła miejscowa w tym roku obchodzi swoje stulecie. Jednak jest to ostatni rok istnienia tej szkoły. Praktycznie jej już nie ma, pozostała tylko zerówka.
Po przeprowadzonej w przedwojennej Litwie reformie rolnej, dwór został rozparcelowany: część dworskich posiadłości była oddana w posiadanie litewskich ochotników, część przydzielono dla miejscowych rolników, a jezioro i wyspę z dworskimi zabudowaniami nabył Petras Sernas, który przez jakiś czas był dyrektorem Trockiego Seminarium Nauczycielskiego. Jednak w styczniu 1945 roku został aresztowany przez NKWD, męczony i rozstrzelany w Trokach. Tak zakończyła się epopeja dworu w Dowgirdziszkach.
A wieś nadal żyła swoim życiem. Ziemia tutaj nie jest żyzna: piaski, żwir, kamienie. Trudno było żyć na roli, jednak ludzie jakoś wiązali koniec z końcem. W 1949 roku w Dowgirdziszkach utworzono kołchoz. W kołchozie, jak w kołchozie, było wszystkiego: ludzie zaznali i poniewierki, i głodu, i chłodu. Ale tak było tylko na początku. Potem nadeszły lepsze lata. Do wsi doprowadzono elektryczność, wodociąg. Należy odnotować, że do tego czasu wodę w Dowgirdziszkach noszono wiadrami z jeziora, studzien nie było, bowiem woda tutaj jest bardzo głęboko. Z czasem wybudowano i wyasfaltowano nową, szeroką drogę do Trok. Swoje podwoje otworzył dom wypoczynkowy „Trakai”.
Mijały lata i oto nadszedł czas na niepodległość. Niestety, dla tej miejscowości nie przyniosła ona dostatniego życia. Kołchoz-milioner rozpadł się, zwinął swą działalność dom wypoczynkowy, ludzie zostali bez pracy. Rdzennych mieszkańców wsi z każdym rokiem pozostaje coraz mniej. Już nie ma tu rodzin Sobolewskich, Hajczewskich, Urbanowiczów, Baszkiewiczów, Klucewiczów, Kozłowskich, Motiejunów. Mam obawy, że już wkrótce odejdą do wieczności i znikną nazwiska Hajduk, Dulko, Narbut… A co potem? Kto wskrzesi pamięć o dawnych czasach? Kto wytłumaczy „nowobogackim”, którzy wykupili ziemię na brzegach malowniczego jeziora, ogrodzili taflę wody i nawet nie pozwalają ludziom się kąpać, że nawet hrabia Tyszkiewicz tak się nie zachowywał.
Wiedziona myślą, by historia miejscowości nie pozostała nieznana, postanowiłam wydać książkę „Daugirdiškes”. Materiał do niej zbierałam przez wszystkie pięćdziesiąt lat, w ciągu których mieszkałam w Dowgirdziszkach i pracowałam w miejscowej szkole jako nauczycielka, a przez 33 lata jako dyrektorka Dowgirdziskiej Szkoły Podstawowej.
Na jubileusz wsi zebrali się aktualni i byli mieszkańcy Dowgirdziszek, ludzie tu urodzeni, a teraz mieszkający w Wilnie, Kownie, Kłajpedzie. Odbyła się również prezentacja mojej książki oraz koncert, zawody sportowe, nawet fajerwerki…
Mieszkańcy Dowgirdziszek od wieków rozmawiali po polsku i „po prostu”, chociaż mieszkali na obrzeżu Litwy przedwojennej. Właśnie dlatego na święto został zaproszony polski zespół z Jawniun „Czerwone maki” (kierownik Stefania Tomaszun). Wystąpili przed mieszkańcami i gośćmi również artyści z Siemieliszek – zespół „Svaja” (kierownik Grażina Barzdaitiene). Starsi wiekiem mieszkańcy cieszyli się, że mogli usłyszeć piękne polskie piosenki. Młodzież zaś najbardziej cieszyła się ze sportowych atrakcji, które organizował mistrz sportu Juozas Gudeliunas.
Ludzie pięknie świętowali, obcowali, omawiali „swoją” książkę, cieszyli się, że spotkali się w gronie bliższych i dalszych krewnych, dawnych znajomych i przyjaciół, z którymi nie tak znów często się spotykają. Długo brzmiały śmiech, piosenki, aż głośne fajerwerki obwieściły zakończenie święta.
Jestem szczęśliwa, że moja książka została bardzo entuzjastycznie przyjęta. I wyznam, że już noszę się z zamiarem napisania nowej – o moich stronach rodzinnych. Oby Bóg pozwolił
Władysława Orszewska-Kursevičiene
Na zdjęciach:
Fot. z archiwum autorki
Dziękuję Pani za ten tekst.Urodziłam się w Dowgirdziszkach.Bardzo mnie interesuje historia tych stron.dzięki Pani tak wiele się dowiedziałam.W latach 1955-57 w Dowgirdziszkach chodziłam do szkoły.Dyrektorem był pan Jan Galiń ,opiekunem mojej klasy-pani Krzywobłocka.Tyle pamiętam.Opuściłam moje rodzinne strony w 1957 roku.Mieszkam obecnie w Gdańsku.Tu mieszkają też potomkowie Narbutów oraz rodzina p.Galinia.Rok temu odwiedziłam z bratem Dowgirdziszki.Niestety,wnioski mam takie same jak i Pani.Postaliśmy przy kapliczce,pod którą razem z Babcią składaliśmy kwiaty,ale żeby sprawdzić czy rosną dalej te same krzewy czeremchy nad brzegiem jeziora-nie było możliwości.A zapach kwitnącej czeremchy właśnie tam,czuję do dziś.Cmentarz bardzo się rozrósł.
dziękuję,to dla mnie podróż do lat dziecinnych.
Tak daleko pamięcią nie sięgam jak moja siostra Janina. Miałem dwa lata jak opuściliśmy z Rodzicami (Stanisław i Anna oraz Babcią Michaliną) Dowgirdziszki w 1957 roku udając sie do Gdańska gdzie mieszkam do dziś. Pozdrawiam wszystkich zaglądających na stronę internetową Związku Polaków na Litwie.