Przed tygodniem minęła 20 rocznica wydarzenia, które 13 stycznia 1992 roku było odbierane jako niezwykle ważne zarówno w stosunkach Polski i Litwy, jak i dla nas, mieszkających na Litwie Polaków. Otóż ówcześni ministrowie spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej Krzysztof Skubiszewski i Republiki Litewskiej Algirdas Saudargas podpisali w Wilnie „Deklarację o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy między Rzeczypospolitą Polską a Republiką Litewską”. Niestety, wyrazy pochodne od słowa „deklaracja” mają raczej ujemne znaczenie. Widocznie ta deklaracja nosiła charakter deklaratywny, a więc „polegający na czczej deklaracji, nie płynący z przekonania; nieszczery, gołosłowny” – jak podaje słownik języka polskiego.
Wierząc w magię słów, można by sobie zażartować, że zakładane w Deklaracji normy, postulaty dlatego nie zostały przez parę dziesięcioleci wykonane, iż negocjatorzy i decydenci wybrali taką niefortunną nazwę dla dokumentu, który jako pierwszy po drugiej wojnie światowej określał suwerenne (bez starszego brata) stosunki pomiędzy Polską i Litwą. Być może, gdyby użyto wyrazu „układ” czy też „umowa”, które notabene zakładają to, iż strony co do pewnych kwestii zobowiązują się trzymać określonych norm, coś dla siebie nawzajem pożytecznego negocjując, historia rozwoju stosunków polsko-litewskich potoczyłaby się w innym nurcie. Magia słów… Kto chce niech jej wierzy… A wiara ta wcale nie będzie bezpodstawna, bo oto w Deklaracji czytamy, iż zakładano „poszanowanie suwerenności i integralności terytorialnej, rezygnację z roszczeń terytorialnych, kierowanie się standardami europejskimi w stosunku do mniejszości narodowych, prawo używania przez osoby należące do mniejszości imion i nazwisk w brzmieniu i pisowni języka ojczystego – zgodnie z dokumentami KBWE, powstrzymanie się od działań, które prowadziłyby do zmian narodowościowych na obszarach zamieszkałych przez mniejszości narodowe, ochronę zabytków historii i kultury” (…)
Po dwóch latach – w kwietniu 1994 roku postulaty te przeniesione zostały w bardziej rozwiniętej formie do Traktatu (znów wybrano niefortunnie nazwę dokumentu, bowiem słowo „traktat” posiada również takie znaczenie, które sprowadza jego treść do naukowych, teoretycznych rozważań – mądrych i słusznych wywodów wcale niekoniecznie podlegających praktycznej realizacji). Niestety, przyjazne stosunki i dobrosąsiedzka współpraca oraz wynikające z tego zobowiązania pięknie spisane, pozostają w kwestii wcielania w życie w stanie zarodkowym.
Wierny Czytelnik prasy polskiej na Litwie nieomalże jak byk na czerwoną płachtę w zabronionej hiszpańskiej corridzie reaguje na od 20 lat powielany temat używania przez osoby należące do mniejszości imion i nazwisk w brzmieniu i pisowni języka ojczystego. Za kolejnych prezydentów przeżywaliśmy chwile nadziei i rozczarowania. Otóż za śp. A. M. B. – do realizacji tego zapisu brakowało w pewnym momencie… jedynie czcionek w komputerach. Za „panowania” V. A. rozważano o przewadze „brzmienia” nad „pisownią”, a za rządów D. G. już tylko formalny gest parlamentarzystów w postaci uniesionej ręki podczas głosowania miał przypieczętować sprawę. I już by Wójtowicz nie był Vuitovicem.
W „rywalizacji w jak najszybszym załatwieniu tak prostej sprawy” „na wszelki wypadek” spytano Sądu Konstytucyjnego, czy przychylna polskiej mniejszości decyzja nie będzie kolidowała z założeniami Konstytucji. Przypadek chciał, że wysoki sąd takie kolizje dojrzał. Ale by udobruchać „braci Polaków” znów wywracano kota ogonem, twierdząc, że niekoniecznie to ma być wyrocznia, bowiem podobno pytanie było sformułowane niezbyt precyzyjnie. I znów nadzieja miała być naszą matką. A mniejszym i większym dygnitarzom próbowano zaprzątnąć głowy dylematem, na jakiej stronie dowodu tożsamości umieścić „to” co ma stanowić prawdziwe imię i nazwisko litewskiego Polaka. Żeby było śmieszniej, warto przypomnieć, że na co dzień większość obywateli posługuje się kartami osobowymi, które tych wielu stron nie posiadają: tylko awers i rewers, na których się umieszcza konieczne zakodowane dane osobowe. W efekcie „żmudnej pracy” – jednak nam te 20 lat minęło – i wbrew wszystkim deklaracjom nadal jesteśmy Agneska Veckevic (chodzi, oczywiście o Agnieszkę Więckiewicz)…
A jak z innymi „deklaracjami”. Ot, na ten przykład tą: „powstrzymać się od działań, które prowadziłyby do zmian narodowościowych na obszarach zamieszkałych przez mniejszości narodowe”. Otóż nasze – Polaków na Litwie – „nieszczęście” polega na tym, że mieszkamy w zwartym skupisku wokół Wilna, czyli współczesnej stolicy Litwy. Wiadomo – stolica jak magnes przyciąga: inwestycje, uczelnie, urzędy, a więc również możliwość znalezienia pracy czy założenia własnego interesu. W tej sytuacji, czy można mieć panującym za złe, że proces zwrotu mienia i ziemi na terenach Wileńszczyzny stał się nieomal baśniowym. To z myślą o mieszkańcach Wileńszczyzny, którym sowieci zagrabili mienie i ziemię, zrodziła się na Litwie „cudowna” ustawa pozwalająca z nieruchomości – jaką jest ziemia – uczynić wirtualnego twora, którego niczym kota w worku przenoszono przez kilkanaście lat z okolic Poswola do Awiżeń, od Bajsogały do Zujun… Oczywiście „nosicielami” byli przedstawiciele „większości”, którzy na dodatek otrzymywali na wileńskich piaskach więcej hektarów niż posiadali np. na Żmudzi, bo gdzież tam podwileńskiej szarej żywicielce równać się do żyznej ziemi pakruojskiej. A na dodatek właściciele z malowniczych Wołokumpi czy Zwierzyńca ustąpić musieli ziemię swoich przodków „państwowej” wagi rezydencjom, reprezentacyjnym willom tych, co nam miłościwie zechcieli panować.
Co mamy w wyniku? Z której by strony człowiek nie wjeżdżał do Wilna, na przestrzeni co najmniej 20 kilometrów, po obu stronach wygodnych autostrad i szos ciągną się osiedla domków jednorodzinnych. To one zastąpiły sady, ogrody, uprawne pola. I oto radosna nowina: rejon wileński jako jedyny w Litwie ma dodatni bilans ludności. Czy matki-Polki stały się nagle matkami-bohaterkami, co to dochowały się po kilkoro czy nawet naścioro dzieci? Ależ nie, bo i z czegóż miałyby je wyżywić w kraju, gdzie minimalna wypłata praktycznie sięga granicy ubóstwa. Wzrost ludności w rejonie wileńskim przekroczył pięć tysięcy (ujemne saldo w okolicznych „litewskich” rejonach stanowi kilka setek lub ponad tysiąc obywateli). Nie jest trudno się domyślić, kto nam te wskaźniki wywindował. A co z zapisami o „zmianach narodowościowymi na obszarach” (…)? Ach, to przecież tylko deklaracje!
Jeden z czołowych litewskich polityków od spraw „nie krajowych” bardzo sprytnie swego czasu próbował tłumaczyć dlaczego obecna ekipa rządząca nie poczuwa się do obowiązku realizacji założeń Deklaracji i Traktatu. Otóż, według niego, składali je ludzie, którzy niezbyt dokładnie zdawali sobie sprawę z możliwości państwa i naszych realiów. I cóż zawinił obecny rząd, iż na pewnych etapach naszej najnowszej historii „jacyś działacze” składali obietnice bez pokrycia. Jest to prawdziwa perełka litewskiej dyplomacji. Wiadomo, syn nie odpowiada za ojca… A dlaczego by kolejny minister miałby odpowiadać za to, co podpisywał Saudargas. Ale, ale… Wyobraźmy sobie, że taką filozofią zaczęliby się kierować decydenci z NATO i Unii. Zniknęłyby wówczas z naszego nieba potężne myśliwce, a na granicy do Europy zjawiłyby się szlabany… Spokojnie, nie jest to możliwe, bo w NATO i Unii działają inne zasady.
Janina Lisiewicz